Dlaczego warto (a czasem nawet trzeba) uwalniać zasoby wiedzy organizacji?
autor(ka): Kamil Śliwowski
Kto nie lubi niespodzianek? Kto nie lubi, kiedy jego lub jej pomysł zaczyna stawać się coraz popularniejszy, a na dodatek ludzie nie zapominają, kto na niego wpadł? Tak w skrócie można by opisać argumenty za publikowaniem na licencjach Creative Commons.

Kiedy pozwalamy, a nawet zachęcamy innych, by korzystali z naszej pracy, nie tylko dajemy szansę, by nasze materiały – raport, gra, czy scenariusz lekcji, zostały udoskonalone, ale również naturalnie wzbudzamy u odbiorców poczucie, że warto nam się odwdzięczyć, w minimalny sposób promując pierwotnych autorów. Co to oznacza w przypadku organizacji pozarządowej lub aktywistów? Dlaczego licencje Creative Commons stały się w tym zakresie standardem?

Dzielenie się jest dziś niesłychanie proste, ale głównie na poziomie technologii. Komputery, tablety i gadżety elektroniczne umożliwiają każdemu dokumentowanie, zapisywanie wrażeń i tworzenie muzyki, dźwięku i obrazu. Do internetu podłączona jest już blisko połowa ludzi na świecie. Stał się on dzięki temu idealnym środkiem przekazu wspomagającym realizację misji szkoły, instytucji naukowych i publicznych.

W edukacji oznacza to możliwość przekazywania wiedzy uczniom i uczennicom znacznie taniej lub nawet za darmo np. YouTube, tak jak robi to Akademia Khana.

W nauce zawodowi naukowcy i amatorzy przyspieszają kolejne odkrycia, korzystając z coraz większej puli badań udostępnianych w modelu open access, który sprzyja również wyrównywaniu poziomu dydaktycznego pomiędzy studentami i badaczami, którzy niekoniecznie mają dostęp do najlepszych czasopism naukowych na swoich uczelniach.

W sektorze publicznym publikowanie otwartych danych i treści zachęca pozostałe sektory do tworzenia nowych rozwiązań na bazie tego, co i tak finansowane jest za publiczne pieniądze. Organizacje pozarządowe łączą wszystkie te trzy światy.

Kiedy misją jest zmiana społeczna, warto rozważyć każde narzędzie, które sprawi, że będziemy w tym bardziej skuteczni. W kwestii rozpowszechniania informacji, popularyzacji wiedzy trudno o lepsze połączenie od darmowego dostępu (który stał się standardem w sieci) z uproszczonymi zasadami dotyczącymi ochrony praw autorskich. Nawet jeśli na samo to hasło wiele osób ma ochotę zasnąć lub uciec, to w dobie nadchodzących reform prawa autorskiego w Unii Europejskiej, które prawdopodobnie uczynią je bardziej skomplikowanym niż dotychczas, trudno przecenić takie alternatywne rozwiązania.

Narzędziem, które najczęściej wybierają do tego rządy państw, prywatni grantodawcy, organizacje i aktywiści są licencje Creative Commons. Działają jak znaki drogowe w sieci. Za pomocą oznaczenia oraz związanych z nimi linków sygnalizują, co wolno zrobić z danym utworem. Zachęcają wprost, by go remiksować lub kopiować i jasno mówią, czego twórcy oczekują w zamian.
 

Ilustracja na licencji CC BY, aut. Centrum Cyfrowe, Vivid Studio.
 

Samo udostępnienie treści na stronie internetowej to za mało, aby użytkownicy mogli swobodnie wykorzystać ją do swoich potrzeb. Objęta pełnym prawem autorskim publikacja nie może zostać skopiowana, zmodyfikowana, powielona, ani zaprezentowana publicznie, nawet jeśli my – autorzy nie mamy nic przeciwko temu. Dlatego wiele finansowanych publicznie, za środki unijne (jak również finansowanych prywatnych np. Fundacji Billa i Melindy Gates’ów) projektów edukacyjnych i naukowych musi dzielić się na licencjach Creative Commons wynikami swojej pracy. Dzięki temu inne projekty i osoby mogą wykorzystać je i rozwijać dalej.

Ułatwia to również i obniża koszty archiwizowania tych wyników tak, aby ich życie nie kończyło się razem z końcem finansowania projektu. To oszczędność czasu i pieniędzy na dużą skalę, która pozwala skupiać się bardziej na wykorzystaniu niż na produkcji wiedzy od nowa.

W przypadku materiałów tworzonych przez sektor społeczny to bardzo wygodna sytuacja. Oszczędza ona czas oraz stres związany z zajmowaniem się pozyskiwaniem i negocjacją praw. Co ważniejsze, oszczędza to powielania pracy, która została już wykonana.

Weźmy za przykład ten zaawansowany materiał o bezpieczeństwie w sieci stworzony przez niemiecką organizację Tactical Tech pt. Security in a box, który przez lata doczekał się tłumaczeń na kilkanaście języków i stał bazą dla wielu prostszych publikacji opracowanych przez inne organizacje. Dzięki temu, że materiał został wydany na wolnej licencji, kolejne organizacje mogą nie tylko brać te treści, zamiast tworzyć własne, ale mogą również tworząc poradniki, dodawać do nich bardziej zaawansowaną wiedzą, której sami nie byliby w stanie opracować. Autorzy oryginalnego materiału zyskują zaś kanał dystrybucji, którego sami by nie stworzyli, a ich misja (zwiększenie poziomu bezpieczeństwa cyfrowego aktywistów) udaje się realizować jeszcze szerzej. Co więcej, kiedy ktoś tłumacząc doda coś nowego lub zaktualizuje zawartą w oryginale wiedzę, autorzy pierwotnego poradnika mogą za darmo zaczerpnąć te aktualizacje do siebie. Na koniec zyskują wszyscy.

Jak to robić? O tym, jak publikować na licencjach CC napiszę w kolejnym tekście, ale już teraz możesz zajrzeć na stronę Creative Commons Polska, gdzie znajdziesz praktyczne informacje lub do tego tekstu, który opisuje co warto przygotować i sprawdzić przed opublikowanie materiału edukacyjnego jako otwartego zasobu.

źródło: technologie.ngo.pl
data publikacji: 2018-09-12
Uwaga! Przedruk, kopiowanie, skracanie, wykorzystanie tekstów (lub ich fragmentów) publikowanych w portalu www.ngo.pl w innych mediach lub w innych serwisach internetowych wymaga zgody Redakcji portalu!